Radca Bezprawny

Blog prawo

Prawda nas wyzwoli, czyli o owocach zatrutego drzewa

 

Akt I:              (nie) Prawdziwa historia mrożąca krew w żyłach.

 

O filmach Alfreda Hitchcocka mówiło się, że rozpoczyna je trzęsienie ziemi a potem napięcie stopniowo wzrasta. Aby się przekonać, że to nieprawda, wystarczy je obejrzeć[1]. Postanowiłem jednak odwołać się do tej tradycji i rozpoczniemy od opisania strasznych wydarzeń. Co więcej, będzie to opowieści prawdziwa, choć nie dosłownie. Do napisania tego tekstu zmotywowały mnie bowiem konkretne osoby i ich postawy a także wydarzenia szeroko komentowane przez opinię publiczną. Moim wkładem jest jedynie odrobina wyobraźni.

 

 

Pierwszym bohaterem dramatu jest zły człowiek. Być może to policjant, być może pracuje dla jednej z rządowych służb – nie jest to istotne, dalej będę nazywał go „Agentem”. Co do jego charakteru nie może być wątpliwości, napędza go czysta nienawiść. Pragnie zniszczyć Pana X, doprowadzić do jego ostatecznego upadku. Kim jest Pan X? Również nie wiemy: być może znanym dziennikarzem, aktorem, kolegą ze służby, który dopuścił się zdrady, może politykiem. To również nas nie powinno interesować, dlatego Pan X do końca pozostanie tylko (i aż) „Panem X”.

 

Jak się domyślamy Agent ma nieprzeciętne możliwości i umiejętności. Wykorzystuje je bezwzględnie, w domu Pana X umieszcza kamery. W pełni profesjonalne, z jakością HD (czy jakąkolwiek inną), tak małe, że nie do wykrycia dla zwykłego człowieka. Widać i słychać wszystko, żaden szmer, żadne drżenie zasłon nie ujdzie uwadze widza. Czy nakryje Pana X na romansie, zobaczy, jak na ekranie komputera ogląda nieprzyzwoite filmy, odkryje przekręty finansowe, spotkania z ludźmi o złej reputacji? Cel Agenta jest jasny: zdobyć cokolwiek, co sprawi, że Pan X będzie cierpiał. Szantaż, proces, niesława? Bez znaczenia.

 

Nasz bohater jest wytrwały, spędza przy sprzęcie nagraniowym cały wolny czas, zwolnił się nawet czasowo z pracy. Niestety, musi czasem spać, lecz gdy wstanie z łóżka szybko  sprawdza, co kamery nagrały w nocy. I oto pewnego dnia, gdy już stracił nadzieję, zobaczył. To, co ujrzał, zapewne by go ucieszyło, gdyby nie to, że było przerażające, ohydne, wręcz plugawe. Nie dało się tego oglądać. Otóż Pan X, przed kamerą, brutalnie wykorzystał i zamordował dziecko. Scena ta była tak drastyczna, że musicie mi wybaczyć brak dokładniejszego opisu. Jeżeli zdołacie ją sobie wyobrazić – w spółczuję.

 

Agent jest człowiekiem złym, ale nie głupim. Ujawnił się. Wiedział, że nie ma sensu umieszczać filmu anonimowo w sieci – sprawa jest zbyt poważna, więc prędzej czy później jego udział zostałby wykryty. Zgłosił się sam. Ale właśnie dlatego, że głupi nie był, wrzucił film do internetu.

 

Prokuratura i policja działały bardzo sprawnie i bardzo starannie. Pan X został błyskawicznie aresztowany, dom zabezpieczono. Niestety, nie znaleziono śladów zbrodni – Pan X również jest inteligentnym człowiekiem i nie pozwolił sobie na błąd. Zdobyto kilka dowodów, ale słabych. Pan X był widziany w okolicy, w której zaginęła ofiara, ale co z tego? Było kilka drobnych poszlak, jeden świadek nawet chciał zeznawać, ale w dniu zdarzenia był pijany i sam przyznał, że nie jest pewien, czy to Pan X zaprosił dziewczynkę do auta. Sam samochód oczywiście został skradziony.

 

Doszło do procesu. Po stronie obrony zaangażowała się znana fundacja. Powołując się na prawa człowieka jej przedstawiciel (bardzo sympatyczny młody człowiek, niedługo później objął ważne stanowisko publiczne) oświadczył, że cały proces to bezprawie, ponieważ nie ma cienia dowodu na winę Pana X. W popularnej telewizji popularny dziennikarz zaprosił popularnego byłego posła (i zarazem prawnika), który wymachiwał rękoma, krzyczał i przekonywał widzów, że Pan X jest niewinny, że nie zrobił nic złego. Nie ma dowodów, koniec i kropka, domniemanie niewinności, in dubio pro reo, konstytucja i Europejska Konwencja Praw Człowieka. Ekran był przedzielony na pół i gdy pan poseł bronił Pana X, po prawej widzowie widzieli twarz Pana X, jak w jakości HD (czy jakiejkolwiek innej) oddaje się złu.

 

Proces zakończył się oczywiście wyrokiem uniewinniającym. Prokurator złożył apelację i przegrał. Kasacja przyniosła podobne rozstrzygnięcie. Tłum dziennikarzy zgromadzony na Placu Krasińskich[2] po raz kolejny usłyszał to, co słyszał od lat. Że proces to farsa, że nie ma żadnych dowodów, a to nagranie (choć jego autentyczności nawet nie próbowano kwestionować) nie ma żadnej mocy dowodowej, bowiem jest owocem zatrutego drzewa.

 

Pan X został oczyszczony z zarzutów, ponoć rozważa pozew o wysokie odszkodowanie za krzywdy, których doświadczył. Od pewnego czasu nie występował publicznie, ale krążą słuchy o jego rychłym powrocie…

 

Akt II:            Nieprawda.

 

Uczciwość wymaga, by nie być jednostronnym, przedstawić argumenty własnych przeciwników, zwłaszcza że nie mają jak zabrać głosu. Nawet jeśli nie jestem obiektywny, mogę takiego udawać.

 

To, co opisałem w „Akcie I” aż prosi się o nazwanie „manipulacją”. Rzeczywiście, manipuluję czytelnikiem. Po pierwsze podałem przykład skrajny – brutalną zbrodnię, która rozbudza skrajne emocje i wymusza stanięcie po „jedynie słusznej” stronie. Po drugie (mam nadzieję, że to dostrzegliście) – przedstawiłem wam prawdę obiektywną, dzięki czemu nie macie cienia wątpliwości co do winy Pana X. Czy gdybyście byli sędziami nie przeszłoby wam przez myśl, że to może być fałszerstwo, że za tym wszystkim kryje się drugie dno, którego nie widać na pierwszy rzut oka?

 

Jednak sam problem opisałem prawidłowo. To, czy w konkretnym przypadku chodziło o kradzież hulajnogi czy o zabójstwo, niekwestionowany dowód z nagrania czy skradziony zeszyt, nie ma znaczenia – mechanizm jest ten sam.

 

Zasada znana pod popularną nazwą „owoców zatrutego drzewa” brzmi w pełnej wersji następująco: jeżeli drzewo jest zatrute, to zatrute są również jego owoce. Jeżeli dowód został uzyskany w sposób bezprawny (na przykład bezprawnie podsłuchano rozmowę przestępcy), to bezprawne jest również wszystko to, co z jego pozyskania wynikło (na przykład zdobycie kolejnego dowodu – walizki z dokumentami, która była ukryta przez sprawcę i nie zostałaby znaleziona bez nielegalnego podsłuchu). Reguła ta zrodziła się w prawie amerykańskim i jak widać odnosi się do skutków znacznie dalszych niż opisane w Akcie I[3].

 

Poniżej zamierzam zająć się samą dopuszczalnością nielegalnie pozyskanych dowodów. To bowiem jest w ostatnich miesiącach przedmiotem debaty i moim zdaniem wymaga komentarza.

 

Akt III:           Prawda a ideologia.

 

Reguła, że dowody pozyskane nielegalnie nie powinny być dopuszczane przez sądy, ma swoje uzasadnienie. Jej zaletą (i zarazem zamysłem) jest to, że wymusza na służbach państwowych działanie w pełni zgodne z procedurami. Policjant musi wiedzieć, że naruszając przepisy zaszkodzi sprawie, a nie pomoże.

 

Zasada ta nie chroni wprost przestępcy – strzeże wszystkich obywateli przed nadużyciami służb, a przestępca jest jej beneficjentem niejako przy okazji, wręcz wbrew woli sądu. Nie jest to sprawa ideologii, lecz czystego pragmatyzmu. Dopuszczanie wątpliwych dowodów może być czasem korzystne, ale w dalszej perspektywie szkodzi sprawiedliwości, prowadzi do pogorszenia wiarygodności dowodów, bo policja nie musi się starać. Sądy rozumują więc następująco: lepiej raz uniewinnić winnego, niż potem borykać się z wątpliwymi dowodami. Przekonuje to was? Mnie jak najbardziej.

 

To, że właśnie tak działa (powinno działać) prawo karne pokażę na innych przykładach. Polska procedura przewiduje kilka zakazów dowodowych[4]. Omówmy dwa z nich: zakaz przesłuchiwania osób najbliższych i zakaz korzystania z wariografu.

 

Na studiach uczono mnie, że zakaz przesłuchiwania osoby najbliższej (tak jak zakaz przesłuchiwania duchowego czy obrońcy[5]) mają charakter humanitarny. Wystarczy jednak odrobina refleksji by powziąć wątpliwości. Czy rzeczywiście chodzi o to, żeby ci biedni ludzie nie musieli się „łamać”?  Że jest nam żal księdza, który musi wydać podpalacza samochodów albo córeczki, która musi wydać tatusia – gwałciciela? A może jest odwrotnie, może w ogóle… nie chcemy ich zeznań?

 

Wyobraźmy sobie, że oskarżonym jest mężczyzna. Grozi mu długoletnie więzienie. Ma żonę, dwójkę dzieci. Model tradycyjny – to on zarabia. Przesłuchujemy małżonkę, pytamy o alibi. Powie prawdę czy nie? Ryzyko kłamstwa jest ogromne, w dobrej wierze czy w złej. Nawet jak nie wierzy w winę męża nie musi też wierzyć, że prawda sama się obroni[6]. Jeżeli pozwolimy jej odmówić zeznań, po prostu nie uzyskamy informacji. Jeżeli zmusimy ją do mówienia, z dużym prawdopodobieństwem otrzymamy informację fałszywą. Po co?

 

Duchowny zapewne odmówi z przyczyn ideologicznych, ogłosi się „więźniem sumienia”. Może też skłamie? Adwokaci[7] (by móc wykonywać zawód) zaczną się zabezpieczać na wszelkie możliwe sposoby. W dodatku przesłuchiwanie obrońców skończy się tym, że ludzie przestaną się skutecznie bronić a oskarżyciele uzyskają niebezpieczną przewagę – procesy karne staną się wynaturzoną parodią procesów średniowiecznych. Dlatego lepiej czasem nie przesłuchiwać. Czysto praktycznie.

 

Proces karny nie dopuszcza też użycia wariografu[8]. Bardzo szlachetne, prawda? Nie mogą zmusić nas do mówienia prawdy, nie mogą wykryć naszych kłamstw, możemy oszukiwać w procesie… zaraz naprawdę o to chodzi? Żebyśmy mogli unikać odpowiedzialności[9]? Gdybym miał traktować poważnie moich wykładowców musiałbym wyciągnąć takie właśnie wnioski. A to przecież do bólu niepoważne. Zakaz korzystania z „wykrywacza kłamstw” wynika nie z jego skuteczności tylko z jej braku. Nie mamy pewności co do wyników, te urządzenia nie są (delikatnie mówiąc) doskonałe. Dając im bezwarunkowo wiarę  uruchomilibyśmy pęd do opracowania skutecznych metod ich omijania i w efekcie tylko pogorszylibyśmy sytuację śledczych. Poza tym… nawet jeśli byśmy wiedzieli na sto procent, że ktoś kłamie – co z tego wynika?

 

Ø  „Nie, nie zabiłem mojej żony” (kłamstwo – czuję się odpowiedzialny za jej śmierć, to przeze mnie znalazła się w niebezpiecznym miejscu).

 

Ø  „Tak, byłem w domu o tej porze” (kłamstwo – tak naprawdę wpadłem na chwilę poromansować z sąsiadką, ale to był tylko kwadrans, po co to ujawniać?)

 

Gdybyśmy mieli pewność, że takie środki dowodowe działają, używalibyśmy ich. Nie mielibyśmy żadnych sentymentów, by zaglądać w umysły podejrzanych, gdyby to mogło pomóc ustalić winę lub niewinność, przynajmniej w sprawach najwyższej wagi. Ale tak się nie da – dlatego uniemożliwiamy przeprowadzanie pewnych dowodów.

 

Zakazy dowodowe nie mają nic wspólnego z humanitaryzmem. To są rozwiązania niezwykle praktyczne i służą poprawie jakości postępowania karnego, nie pogorszeniu. W takich kategoriach należy też patrzeć na dowody uzyskane wbrew prawu.

 

Akt IV:           Dowód a prawda.

 

Zaraz, zaraz: to ty w końcu jesteś za czy przeciw? Najpierw pokazujesz, jak fanatyzm pozwala puścić wolno zwyrodnialca a potem mówisz, że to wszystko racjonalne i mądre.

 

Cierpliwości. Ten teks na końcu zawiera konkluzje. Na razie jednak trzeba zebrać argumenty. W tej części zajmiemy się czymś bardzo praktycznym, czyli przydatnością dowodów. Ona doprowadzi nas do celu.

 

Analiza dowodu składa się z dwóch elementów. Po pierwsze trzeba ustalić, czy dowód jest wiarygodny. Po drugie, jeżeli dajemy dowodowi wiarę, badamy, co z niego dokładnie wynika.

 

Dowód niewiarygodny to podrobiony dokument, świadek, który kłamie, zmanipulowane nagranie dźwięku, badanie krwi przeprowadzone niezgodnie z procedurami. Na dowodzie niewiarygodnym po prostu nie ma jak się oprzeć, bo wiadomo (lub są poważne podstawy przypuszczać), że zawiera on w sobie nieprawdę. Co wynika z badania DNA, jeżeli są wątpliwości, które próbki wykorzystano?

 

Jednak nawet na dowodzie wiarygodnym nie opieramy się bezkrytycznie. Trzeba z niego najpierw wyciągnąć wnioski. Świadek nie kłamie, gdy mówi, że mnie widział. Ale było ciemno, nie zna mnie dobrze. Czy to mógł być ktoś podobny do mnie? Przedstawiono w sądzie podpisany przeze mnie dokument. Ale czy to, co napisałem kilka lat temu, jest wiarygodne? Czy Marek, którego w moim liście wskazałem jako przestępcę, to oskarżony Marek K. czy może inna osoba o tym samym imieniu? A może popełniłem błąd, może…

 

Najciekawszy wydaje się przykład podsłuchów. Jest to bowiem dowód, który przy obecnej technologii wszyscy mogą a wielu nawet próbuje pozyskać. Takim dowodem najłatwiej manipulować, choć przecież nagrania są autentyczne. Wyobraźmy sobie rozmowę:

 

Głos 1: No, szwagier, nieźleście tego Zdzisia nastraszyli, co?

 

Głos 2: Aha…

 

Głos 1: Ale powiedz, stawiał się, jak mu porysowaliście karoserię?

 

Głos 2: Wiesz, że to strachajło…

 

… i tak dalej. Głos 1 to osoba, która sporządziła nagranie. Głos 2 przyznaje się w zasadzie do wymuszenia. Ale tylko pozornie. Znając dżentelmena, który się za tym głosem kryje, nie mam wątpliwości. To słaby człowiek, będący pod wpływem grupy. Koledzy go wrabiają. Nie wziął udziału w przestępstwie, ale boi się przyznać przed kumplami. Kluczy, posługuje się półsłówkami. Nagranie jest autentyczne, ale jego treść kompletnie niewiarygodna.

 

Może być jednak jeszcze ciekawiej. To samo nagranie. Przyjmijmy, że „Głos 2” naprawdę przyznaje się tu do winy, co do jego szczerości nie ma zastrzeżeń. Rzeczywiście, „porysował karoserię” niejakiemu Zdzisiowi. Tyle, że został oskarżony o pocięcie mu twarzy nożem, czego nie zrobił i o czym w ogóle nie wie – po prostu uszkodził mu samochód. Głos 1 manipuluje tu słownictwem, by uzyskać szczere potwierdzenie nieprawdy. Takie nadużycie jest (moim zdaniem) problemem najpoważniejszym.

 

Przedstawiłem powyżej coś, co stanowi fundament współczesnego prawa: zasadę swobodnej oceny dowodów. Zgodnie z tą zasadą sędzia[10] pełni taką samą rolę jak detektyw w książce czy filmie. Ma odkryć prawdę opierając się na dostępnych przesłankach. Nie istnieją żadne sztywne reguły wnioskowania – wszystko, co jest w stanie obronić w oparciu o „zasady logiki i doświadczenia życiowego”[11], należy uznać za prawidłowe. Nie ma świadków z definicji bardziej i mniej wiarygodnych, dokument nie jest ani bardziej ani mniej wiarygodny od zeznań, biegli to tylko ludzie i mogą się mylić[12].

 

Przeciwieństwem opisanej zasady jest „legalna teoria dowodów”, która na szczęście dziś nie obowiązuje[13]. Polegała na tym, że sędziemu narzucano określoną zasadę interpretacji dowodów. Jego rolą nie było więc samodzielne ocenianie, lecz jedynie gromadzenie dowodów i sprawdzenie, czy odpowiednio mocny dowód został pozyskany. Koronnym dowodem było przyznanie się do winy. Polskie prawo średniowieczne zakładało, że dowód z dokumentu jest lepszy niż dowód z zeznań świadków, a ten z kolei lepszy od przysięgi[14] strony. Jednak (na przykład) gdy szlachcic oskarżał chłopa o kradzież, mógł posłużyć się własną przysięgą by obalić dowód przeciwnika[15].

 

Akt V:            Prawda, cała prawda i tylko prawda.

 

Mamy już wszystkie narzędzia. Pora rozstrzygnąć czy dowody uzyskane nielegalnie powinny być dopuszczane przez sądy. Rozważmy argumenty przewijające się w trwającej od ponad roku dyskusji. Przytaczam je po kolei (kursywą).

 

Władza będzie nielegalnie podsłuchiwać a potem wykorzysta niejasne, zmanipulowane słowa przeciwko mnie.

 

Ten argument pojawia się dosyć często. Na szczęście są to głównie wypowiedzi laików, w te tony uderzają jednak również znani publicyści. Nie spotkałem się z tym, by na te kwestie powoływał się prawnik – i słusznie.

 

Obawa ta jest bowiem pozbawiona jakiegokolwiek sensu, co wynika wprost z przykładów przedstawionych w akcie IV. Przypominam: dowód podlega ocenie. Jeżeli słowa są niejasne (na przykład powiedziałem znajomemu, że mam ochotę zastrzelić znanego polityka[16]) to z dowodu nic nie wynika. Dowód taki może być swobodnie przeciw nam dopuszczony, ponieważ sędzia mający choć trochę oleju w głowie… „zmyje głowę” prokuratorowi, że takim „nic” zawraca głowę sądowi.

 

Poza tym co to ma wspólnego z legalnością? Czy ten sam podsłuch, tyle, że legalny, byłby już „ok”? Nie, problemem jest mizerna treść takiego dowodu, a nie jego legalność.

 

Dopuszczenie takich dowodów legalizuje nieuczciwe działania władzy.

 

Dopuszczenie dowodu uzyskanego w drodze przestępstwa nie oznacza, że przestępstwo „znika”. Wróćmy do przykładu z Aktu I. Załóżmy, że sąd dopuściłby nagranie i skazał Pana X. Co z Agentem? Czy wyjdzie z sądu w blasku chwały? Nie, prokurator wniesienie przeciw niemu akt oskarżenia, mężczyzna stanie przed sądem i zostanie skazany. Sąd weźmie pod uwagę to, że jego czyn spowodował ujęcie groźnego przestępcy. Ale będzie też pamiętał, że Agent to nie altruista tylko człowiek zły i bezwzględny. Te wszystkie okoliczności musi rozważyć. Moim zdaniem skończyłoby się więzieniem. Gdzie tu zalegalizowanie działań Agenta?

 

Ten wątek jest bardzo ważny. Stanowi bowiem odpowiedź na problem postawiony w Akcie II. Zakaz dowodowy ma stanowić lekarstwo na nadużycia organów ścigania. Ale dobrym środkiem jest po prostu zwalczanie takich nadużyć. Policjant, który popełnił przestępstwo, by zdobyć dowód, musi ponieść karę tak samo jak człowiek, którego schwytał. W ten sposób chronimy się przed tym, że jego koledzy będą łamali prawo „w słusznej sprawie”.

 

Ale dowód to dowód – dobry jak każdy inny. Można to porównać do dziecka poczętego wskutek gwałtu. Czy takie dziecko jest w czymkolwiek gorsze? Nie, to normalny szkrab, któremu należy się taki sam szacunek jak innym pociechom. Po prostu jego „ojciec” powinien być ukarany, ale to wszystko. Tymczasem (kontynuując tą analogię) z nieznanych przyczyn próbujemy karać dziecko tak, by przyszli „ojcowie” nie próbowali gwałcić matek. Bezsensowne? Tak, ale niestety prawdziwe[17].

 

To drastycznie obniża rzetelność postępowania karnego.

 

Argument ten nie jest już poruszany przez laików – to formalne stanowisko Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Cytat:

 

„Sytuacja, w której sąd nie będzie mógł uznać za niedopuszczalny dowodu uzyskanego np. poprzez przekroczenie uprawnień funkcjonariusza (art. 168a k.p.k.), natomiast będzie istniała możliwość wykorzystania dowodu przestępstwa, co do którego nie jest możliwe prowadzenie kontroli operacyjnej, drastycznie obniża rzetelność postępowania karnego (art. 6 Konwencji EKPC). Stanowi również zaprzeczenie zasady lojalności państwa wobec własnych obywateli (art. 2 Konstytucji)”[18]

 

Na wstępie zwrócę uwagę na kwestie formalne. Ani art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności (EKPC) ani art. 2 Konstytucji – oba przepisy wskazano w cytacie – nie odnoszą się wprost do omawianej kwestii. To, że tych problemów nie omówiono a konstytucją i konwencją posłużono się jak pałką (typowy chwyt w dyskusjach politycznych), nie jest bez znaczenia w dyskusji. Polecam sprawdzenie treści tych przepisów i samodzielną ocenę, czy stanowisko Fundacji jest dla was wystarczająco jasne.

 

Przejdźmy do meritum. Dlaczego taki proces miałby być nierzetelny? Pamiętajmy, że ocena dowodu w pierwszej kolejności wymaga oceny jego wiarygodności jako takiej. Jeżeli nawet przyjmiemy, że dowód pozyskany nielegalnie może być wiarygodny, nie oznacza to, że zawsze musi być wiarygodny.

 

Zastanówmy się nad następującym przykładem: policjant włamuje się do domu sprawcy i kradnie broń, na której są odciski palców podejrzanego[19]. Specjaliści twierdzą, że z tej broni oddano strzał do ofiary. Nawet jeżeli uznamy dowód za dopuszczalny, nie oznacza to, że automatycznie będzie wiarygodny. Zachowanie policjanta (przeszukanie domu bez nakazu) sugeruje, że mógł on mieć negatywne nastawienie do podejrzanego i fabrykować dowody. Sędzia powinien zainteresować się tym, czy odciski palców da się „podłożyć”. Czy jest możliwe, że z broni strzelił kto inny a podejrzany jedynie miał ją w ręku przy innej okazji? Możliwe, że pytania pozostaną bez odpowiedzi, powstaną wątpliwości, które sąd będzie musiał rozstrzygnąć na korzyść oskarżonego[20], ale jednak nastąpi to po rozważeniu problematycznego dowodu a nie po „prostym” pominięciu.

 

Może jednak być tak, że wątpliwości nie będzie, że oskarżony nie będzie umiał wyjaśnić (a może nawet „pęknie” i przyzna się do winy) a nadużycia ze strony policjanta zostaną wykluczone.

 

Uważam, że to, co przedstawiłem, jest właśnie „rzetelnym procesem”. Nierzetelne byłoby udawanie, że dowodu w ogóle nie ma.

 

A teraz odwróćmy problem. W czym proces będzie bardziej rzetelny, jeżeli do przeszukania dojdzie zgodnie z procedurami? Czy te same pytania, które przedstawiłem w poprzednim akapicie, nie mogą się pojawić? Czy policjant, który postępuje zgodnie z procedurami (a może tylko udaje, że to robi), nie może fabrykować dowodów? Czy odcisków palców nie mógł sfabrykować ktoś inny niż policja? Czy nie mógł najpierw podrzucić broni a potem formalnie wystąpić o nakaz przeszukania?

 

Moim zdaniem w dyskusji o „owocach zatrutego drzewa” często przyjmowane jest milczące założenie, że legalność musi iść w parze z prawdziwością. Nic bardziej mylnego, świat jest złożony i czasem dowód zdobyty nielegalnie może być dowodem dobrym a ten, który pozyskano zgodnie ze wszystkimi procedurami, może się okazać całkowicie fałszywy.

 

Waga wyroku skazującego opartego na dowodzie nielegalnym będzie niższa.

 

W tym argumencie jest sporo racji. Rzeczywiście, gdy państwo posługuje się narzędziami bezprawnymi (nawet jeśli karze tych, którzy je pozyskali), może powstać poczucie, że proces karny nie jest „walką dobra ze złem”, ponieważ „tak oskarżyciel jak i oskarżony łamią prawo”.

 

Według mnie jest to jednak kwestia skali. Jeżeli dowody uzyskane bezprawnie będą wyjątkiem i zostaną wykorzystane z należytą ostrożnością, problemu nie będzie. Gdy policjant, który dowody pozyskał, zostanie ukarany, poczucie sprawiedliwości może zostać zachowane – i to bardziej, niż gdybyśmy puścili wolno przestępcę.

 

Oskarżony staje się bezbronny

 

Za ten argument dziękuję portalowi gazeta.pl[21]. Cieszę się, że tak długo zwlekałem z zakończeniem tekstu, dzięki temu udało mi się go poznać. To proste stwierdzenie, w moim mniemaniu, przesądza sprawę i pokazuje o co naprawdę chodzi w całym sporze. Cytat:

 

„Oskarżeni, przeciwko którym przedstawia się "owoce zatrutego drzewa", są niemal bezbronni. Policja i inne służby mogą użyć nagrania z nielegalnie założonego podsłuchu. Sąd zobaczy dokumenty zdobyte po przeszukaniu mieszkania bez wymaganego nakazu, a oskarżony może zostać skazany po nielegalnej prowokacji policyjnej. (..).

 

(sąsiedzi) Mogą np. wynieść z naszego mieszkania obciążające nas dokumenty i dostarczyć je policji lub prokuraturze. Później zostaną one wykorzystane przeciwko nam w sądzie.”

 

Pamiętajmy, że cały czas mowa tu o człowieku winnym. Nie o tym, że ktoś niewinny zostanie skazany (dowodów winy przecież nie kwestionujemy). Autorzy tekstu zdają się przyjmować założenie, że w tej opowieści (możemy wrócić do przykładu z Aktu I) przestępca nie jest „tym złym”. To bardziej film, w którym towarzyszymy gangsterowi od początku i w zasadzie go lubimy, tak jak podobało nam się, że Michael Corleone dokonał rzezi rodziny Tattaglia. „Złym” jest niesympatyczny policjant, który „Ściga”[22] bohatera. Zgadzamy się, że powinien to robić, taka jego rola, ale chcemy, by przegrał. To, że „nasz” przestępca kogoś zastrzeli po drodze, jest co najwyżej nietaktem, gdy jednak postrzeli kogoś policjant, jesteśmy oburzeni.

 

Argument mówi o „prawie do obrony”, pojęciu prawnym. Wypada więc, bym odniósł się doń bardziej merytorycznie. Prawo do obrony uważam za fundamentalne, nie tylko w procesie karnym, ale też cywilnym, administracyjnym czy jakimkolwiek innym. Prawo to zakłada, że mam możliwość przytoczenia wszystkich argumentów na moją rzecz, przeprowadzenia wszystkich dowodów, odwołania się do poczucia sprawiedliwości – a na końcu ocenia to wszystko niezawisły sędzia. Mam po prostu prawo do prawdy. Prawo to powinny mieć wszystkie strony procesu, w tym oskarżyciel w sprawie karnej. Nie jest natomiast elementem prawa do obrony oszukiwanie, zastraszanie świadków, mącenie w głowie – to mogą być działania skuteczne, ale nie pożądane. Bo to już by było prawo do kłamstwa[23].

 

Ten, kto nie chce dopuszczenia jakiegoś dowodu (bez kwestionowania jego wiarygodności), może powoływać się na prawo, ale po jego stronie nie stoi nigdy sprawiedliwość[24].

 

Akt VI:           Najwyższa Prawda.

 

Ksiądz Józef Tischner dokonał jednego z najbardziej znanych podziałów prawd. „Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”. Jak nietrudno się domyślić ten swoisty epilog dotyczy tej ostatniej.

 

Celowo unikałem przytaczania obowiązujących w Polsce przepisów. Powód był prosty: są niezrozumiałe, pisano je (niezależnie od tego, czy zgadzam się z intencjami) nieprofesjonalnie, wręcz niechlujnie. Przykład z Aktu I oparłem się na brzmieniu kodeksu postępowania karnego (dodany art. 168a), które obowiązywało od 1 lipca 2015 roku. Nie ma powszechnej zgody wśród prawników, czy ta zmiana miałaby zastosowanie do opisanej przeze mnie sytuacji i niech samo to pokaże, jak wadliwy był to przepis. Został on zmieniony w ramach „dobrej zmiany”, na aksjologicznie lepszy[25] ale redakcyjnie jeszcze gorszy. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że teraz już zupełnie nie wiem o co w nim chodzi.

 

Możecie samodzielnie sprawdzić treść obecnych i poprzednich przepisów. Dla urozmaicenia powiem wam, że poprzednie przepisy wcale nie dotyczyły naruszenia procedur przez śledczych. Dlatego właśnie musiałem napisać tekst o zasadach, a nie o przepisach.

 

Nic to. Zdradzę wam, że w Polsce nie obowiązują przepisy, lecz poglądy prawników. Jeżeli myśleliście, że to specyfika Anglosasów, muszę was rozczarować. Zakazu dopuszczania dowodów „wątpliwego pochodzenia” nigdy nie było w przepisach, ale sądy go stosowały. Na niezapisanej nigdzie zasadzie oparto niejeden głośny proces. I niezależnie od tego, co stoi w kodeksie postępowania karnego, moim zdaniem możecie spać spokojnie. Jeżeli popełniliście jakieś przestępstwo, macie szansę na uniknięcie kary. Możecie spać snem sprawiedliwych.



[1] Co nie znaczy, że są słabe. Co więcej, niektóre pasują do tego opisu. Film „lina” należy do moich ulubionych.

[2] Adres Sądu Najwyższego to Plac Krasińskich 2/4/6 w Warszawie. W tym samym budynku mieści się Sąd Apelacyjny w Warszawie. Jest to ciekawy budynek.

[3] Niestety, w polskiej debacie publicznej nawet definicje nie są prawidłowo przytaczane.

[4] Są trzy (podstawowe) rodzaje procedur: karna, cywilna i administracyjna. Nie jest moim celem analiza różnic między nimi, przykłady będą dotyczyły procesu karnego.

[5] Precyzyjnie: osoba najbliższa ma prawo odmówić składania zeznań. Duchownego nie wolno przesłuchać w ogóle, by ujawnił tajemnicę spowiedzi a obrońcy – by ujawnił to, czego dowiedział od swojego klienta.

[6] To mądra kobieta.

[7] Obecnie obrońcą w procesie karnym może być również radca prawny, jednak nie spodziewam się, by prędko adwokaci ustąpili tu pola.

[8] Dokładnie: nie wolno wykorzystać „środków mających na celu kontrolę nieświadomych reakcji jej organizmu w związku z przesłuchaniem”.

[9] Tak, czasem naprawdę o to chodzi. Niestety.

[10] Na marginesie: takie same obowiązki ciążą na wszystkich organach państwa, w tym na prokuratorze. Jest to wyjątkowa sytuacja, w której strona procesu ma jednocześnie obowiązek zachowania obiektywizmu. Mam wrażenie, że ten drobiazg czasem umyka.

[11] To jest (prawie dosłowne) brzmienie przepisów.

[12] Kilka wyjaśnień:

1. Popularny przykład: jeżeli zeznania ladacznicy i prezydenta są sprzeczne, komu dać wiarę? Odpowiedź – pozycja społeczna jest nieistotna, każde z nich może być tak samo wiarygodne.

2. Kilka osób zeznało coś innego niż jedna. Kto jest bardziej wiarygodny? Odpowiedź – to trzeba ocenić, przecież kilka osób czasem się myli lub kłamie, z kolei samotny kloszard odpoczywający w bramie może mówić prawdę.

3. Biegły sporządził opinię, czy sąd może ją krytykować? Odpowiedź: nie tylko może, wręcz powinien. Obowiązkiem sędziego jest przeczytać opinię dokładnie, zażądać wszelkich wyjaśnień tak, by ją zrozumiał w możliwie szerokim zakresie i sam mógł ocenić, czy opinia jest przydatna i co z niej wynika.

P.S. Nie twierdzę, że tak jest zawsze w praktyce. Prawo to jedno, praktyka drugie.

[13] Przedstawione w poprzedniej części zakazy dowodowej są przejawami teorii legalnej. Stanowią jednak wyjątki, regułą jest, że sędzia ma pełną swobodę interpretacji.

[14] Przysięgi również były stopniowane i sformalizowane. W zależności od wagi sprawy wymagano określonej liczby współprzysiężników (nawet 12). Każdy musiał powtórzyć dokładnie rotę przysięgi a błąd (tzw. potyczel) prowadzić mógł do upadku dowodu.

[15] Na podstawie: J. Bardach, B. Leśnodorski, M. Pietrzak Historia ustroju i prawa polskiego, Wydawnictwo Prawnicze LexisNexis, Warszawa 2001, s. 170 i następne.

[16] Szczerze: a kto z nas nigdy tego nie powiedział?

[17] Taka zasada rozumowania występowała już w historii. Przez stulecia (a może i dłużej) dzieci pozamałżeńskie były traktowane (prawnie) gorzej właśnie po to, by zniechęcać ich rodziców do nieformalnych związków. Ludzie, którzy posługiwali się taką argumentacją w ogóle nie rozumieli ludzkiej natury.

[18] Fragment wystąpienia (nr 432/2016MPL)  skierowanego do Marszałka Sejmu przez Helsińską Fundację Praw Człowieka w dniu 26 lutego 2016 roku.

[19] Znany przykład ze znanego filmu o znanym policjancie.

[20] Zasada „in dubio pro reo” mówi, że wątpliwości, których nie da się usunąć, zawsze rozstrzyga się na korzyść oskarżonego. Ważny jest fragment „nie da się usunąć” – niestety, często zapominany.

[21] http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,20161200,zmiana-jednego-przepisu-dala-sluzbom-potezna-bron-nielegalne.html#MT

[22] Wielka litera użyta nieprzypadkowo.

[23] Tu konieczne jest wyjaśnienie. Oskarżony ma bowiem „prawo kłamać”. Jest to znów aspekt praktyczny. Składanie fałszywych zeznań jest przecież karane i byłoby absurdem skazywać kogoś na grzywnę za kradzież hulajnogi a potem na dwa lata więzienia, bo zeznał nieprawdę nie przyznając się. Brak prawa do kłamstwa oznaczałby wymuszanie przyznania się do winy w większości spraw.

[24] Oczywiście nie dotyczy to sytuacji, gdy dowód ma na celu przedłużanie postępowania w nieskończoność i tym podobnych przypadków.

[25] Oczywiście to tylko moja opinia, wyrażona sarkastycznie.