Radca Bezprawny

Blog prawo

Czychający w progu1. Czyli o umowach śmieciowych

Wprowadzenie.

To będzie opowieść grozy, mieszcząca się gdzieś pomiędzy Stephenem Kingiem a Howardem Phillipsem Lovecraftem. W chłodny, listopadowy wieczór mieszkańcy Polski zgromadzili się przed telewizorami, by obejrzeć wieczorne wydania serwisów informacyjnych. Każde z nich otwierał ten sam, krótki materiał. Widzowie słyszeli słowa, które na zawsze zmieniły ich spojrzenie na świat. Z początku nie wierzyli, nie rozumieli, co do nich mówi niewysoki człowieczek w brązowych okularach. Czytał coś z kartki, w absolutnie nieprzekonujący sposób, a jednak poszczególne słowa jakby same zaszczepiały się w ich świadomości. 

Nowy minister pracy w swoim przemówieniu w kółko powtarzał tę samą frazę. Rozpoczynał kampanię społeczną, która już wkrótce miała zawładnąć telewizją, radiem, gazetami i internetem. Był niczym średniowieczny heretyk głoszący stare nowe prawdy. Nieliczni wiedzieli, że nie „odkrywa Ameryki”, że kryjąca się w głębi rzeczywistość jedynie wydobywa się na powierzchnię. A mimo to zszokowani byli wszyscy.

Następnego dnia rano wszystkie wydania gazet otwierał ten sam tekst, zaczynający się słowami:

Minister Pracy ostrzega: umowy śmieciowe są nielegalne. Za ich stosowanie grozi do 30.000 zł grzywny lub nawet 2 lata więzienia…

To oczywiście fikcja. Taki artykuł nigdy się nie ukazał. Obywatele polscy, wysocy urzędnicy państwowi a nawet liczni prawnicy nadal śpią nieświadomi tego, że mityczny stwór, zwany kodeksem pracy, czuwa w głębinach. Jednak to, że opowieść nie jest prawdziwa, nie oznacza, że nie możemy jej kontynuować. Zapraszam do przeczytania dalszego ciągu nigdy nie wydrukowanego artykułu autorstwa nie istniejącego Ministra Pracy.

 

Co to są umowy cywilnoprawne?

W kodeksie cywilnym zostały opisane niektóre, najpopularniejsze typy umów. Zdefiniowane zostały między innymi sprzedaż, najem czy dzierżawa. Obok nich znajdują się trzy typy umów, które Polacy wykorzystali by spowodować zamieszanie zwane „umowami śmieciowymi”. A są to: umowa zlecenia, umowa o świadczenie usług i umowa o dzieło. Pokrótce przedstawię co każda z nich oznacza.

 

  • Umowa o dzieło jest najprostsza. W jej ramach wykonawca zobowiązuje się… stworzyć dzieło. Proste, prawda? Musi powstać coś nowego, konkretnego, na przykład obraz, program komputerowy czy nagranie audio, na którym wokalista śpiewa napisany przez siebie utwór.
  • Umowa zlecenia polega na tym, że przyjmujący zlecenie zobowiązuje się dokonać czynności prawnej. W uproszczeniu chodzi (na przykład) o zawarcie umowy. Jeżeli Pan Iksiński umawia się z Panią Igreczak w ten sposób: Pani Igreczak uda się do Indii i kupi dla Pana Iksińskiego słonia to jest to umowa zlecenia.
  • Umowa o świadczenie usług to młodsza siostra zlecenia, która dotyczy nie czynności prawnych, lecz faktycznych. Stosuje się do niej te same przepisy. Tak więc gdy umawiam się, że ktoś skosi mój trawnik, zawieram z nim umowę o świadczenie usług. Ale gdy umawiam się, że ten ktoś jedynie załatwi skoszenie trawnika (zorganizuje kosiarza), zawieram umowę zlecenia.

 

Umowy cywilnoprawne dotyczą dwóch zasadniczych sfer. Pierwsza to obrót profesjonalny, czyli usługi świadczone przez przedsiębiorców. Jeżeli zawodowo trudnię się robieniem programów komputerowych, jestem przedsiębiorcą i zawieram umowy o dzieło, na napisanie jakiegoś programu.

Drugie pole zastosowania tych umów to czynności jednorazowe. Jeżeli szesnastolatek zgodzi się pomalować sąsiadowi płot za wynagrodzeniem, nie staje się z automatu przedsiębiorcą. Zawiera i wykonuje jedynie umowę cywilnoprawną (o świadczenie usług).

Ważne:polskie prawo przewiduje obowiązek rejestrowania działalności gospodarczej (prowadzonej trwale w celach zarobkowych). Jeżeli ktoś się nie zarejestruje, ryzykuje grzywnę lub ograniczenie wolności .

Umowy cywilnoprawne to część prawa cywilnego. Jego istotą jest równorzędność obu stron umowy. Będzie to ważne w dalszej części analizy.

 

Co to jest umowa o pracę?

Umowa o pracę została zdefiniowana w Kodeksie pracy . Jest to umowa, na mocy której (…) pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę (…).

Istotą stosunku pracy jest podporządkowanie. Pracownik ma wykonywać prace powierzone przez pracodawcę i słuchać jego poleceń.

 

Czym się różni umowa o świadczenie usług od umowy o pracę?

Pokażę różnicę między tymi typami umów na przykładzie ogrodnika.

Pan Iksiński jest ogrodnikiem. Umówił się z właścicielem domu, że będzie dbał o jego ogród, decydował o tym, jakie kwiaty i drzewa posadzić. Będzie wszystko organizował. Oczywiście właściciel ma prawo się sprzeciwić konkretnym działaniom ogrodnika (w końcu to jego własność), ale Pan Iksiński ma dużo swobody.

Pan Iksiński jest przedsiębiorcą i umowa, którą zawiera z właścicielem domu, jest umową o świadczenie usług (z elementami umowy zlecenia, skoro ogrodnik sam dokonuje zakupu sadzonek).

Pani Igreczak pomaga Panu Iksińskiemu, jest jego podwładną. Każe jej przekopać grządkę – przekopuje grządkę. Ma podlać kwiatek – podlewa kwiatek. Pani Igreczak wykonuje te czynności w określonym miejscu, w określonym czasie, tu nie ma wyboru. Musi słuchać szefa.

Pani Igreczak jest pracownicą, a umowa zawarta przez nią z Panem Iksińskim (lub z właścicielem domu) jest umową o pracę.

 

Co jeśli prawo mówi jedno a rzeczywistość drugie?

 Dobrze – powie czytelnik, ale przecież Pani Igreczak może dostać do podpisania „umowę zlecenia” i co wtedy?

 Na to pytanie można dać odpowiedź długą lub krótką. Krótka będzie w dalszej części tekstu, sprowadza się bowiem do przytoczenia przepisów kodeksu pracy. Ponieważ jednak moim celem jest pokazanie czytelnikom o co naprawdę w tym chodzi, zachęcenie do zrozumienia prawa, rozpoczniemy od wersji długiej.

 Najpierw przykład. Wyobraź sobie, że potrzebujesz lokum. Masz wybór, możesz kupić mieszkanie lub je wynająć. Kupno oznacza wyłożenie sporych pieniędzy z góry lub wzięcie kredytu, ale wiąże się z uzyskaniem lokalu na własność. Najem nie wymaga pieniędzy od razu, płaci się za czas zajmowania mieszkania, jednak daje prawo słabsze. Jak umowa się skończy, trzeba się wyprowadzić.

 Wyobraź sobie, że zawierasz umowę tak spisaną:

 

UMOWA SPRZEDAŻY MIESZKANIA

 Zobowiązuję się, że będę za każdy miesiąc zamieszkiwania w lokalu płacił czynsz w wysokości 100 zł.

 

Czy jest to umowa sprzedaży czy najmu? Oczywiście najmu. Istotą najmu jest korzystanie z rzeczy za wynagrodzeniem. Istotą sprzedaży jest przeniesienie własności. Tu nie ma przeniesienia własności, za to jest zobowiązanie do zapłaty za czas korzystania. Umowie nadano więc mylną (być może zwodniczą) nazwę. Ale treść jest jasna.

 

Jeszcze jeden przykład. Wyobraź sobie, że zawierasz umowę o treści:

 

UMOWA SPRZEDAŻY MIESZKANIA

Kupuję mieszkanie za 10.000 zł.

 

Jest to umowa sprzedaży, prawda? Prawda. Ale wyobraź sobie, że cena w ogóle nie została zapłacona. Umowy nie zgłoszono do ksiąg wieczystych. Zamiast tego dalej płacony jest regularnie czynsz w wysokości 100 zł miesięcznie.

 Jaką więc umowę zawarto? Na papierze jest umowa sprzedaży. Ale w rzeczywistości najem. I jeżeli twój kontrahent pójdzie do sądu żądając zapłaty ceny, przegra. Bo liczy się to, jak się faktycznie umówiono a nie co jest na papierze.

 Teraz już nie powinno być wątpliwości jak rozstrzygnąć pierwsze pytanie. Co, jeśli zawarto (spisano) umowę cywilnoprawną, ale to, co ma robić „pracownik” odpowiada umowie o pracę? Oczywiście zawarta umowa jest umową o pracę.

 A jak brzmi obiecana odpowiedź krótka? Przytoczę przepisy kodeksu pracy:

 

Art. 22

§ 1. Przez nawiązanie stosunku pracy pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, a pracodawca - do zatrudniania pracownika za wynagrodzeniem.

§ 1¹. Zatrudnienie w warunkach określonych w § 1 jest zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy, bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy. 

§ 1². Nie jest dopuszczalne zastąpienie umowy o pracę umową cywilnoprawną przy zachowaniu warunków wykonywania pracy, określonych w § 1.

(…)

 

Skutki.

 

Mamy więc taką sytuację: Pani Igreczak zawarła na papierze „umowę zlecenia”, której treść odpowiada umowie o pracę. Co to oznacza dla Pani Igreczak?

 Pani Igreczak jest pracownikiem w rozumieniu kodeksu pracy. W szczególności ma prawo do:

 

  • Minimalnego wynagrodzenia;
  • Przestrzegania przepisów o czasie pracy – a tym samym dodatkowego wynagrodzenia za nadgodziny;
  • Opłacania na jej rzecz składek na ubezpieczenia społeczne (od których zależała będzie jej emerytura);
  • Płatnego urlopu wypoczynkowego;…

 

Jeżeli pracodawca tego nie da (nie oszukujmy się, po to zawierał bezprawną „umowę cywilnoprawną”, by nie dać) pracownik może pójść do sądu po swoje. W czasie zatrudnienia tego nie zrobi, co oczywiste, ale przecież umowa kiedyś się skończy …

Do tego mamy instytucje państwowe. Ponieważ od takiego pracownika należy odprowadzać składki, ZUS z radością zażąda pieniędzy. O ile się oczywiście dowie…

 

A jakie są skutki dla pracodawcy? Oczywiście oprócz finansowych opisanych powyżej?

 Po pierwsze kodeks pracy przewiduje karę grzywny w wysokości od 1.000 zł do 30.000 zł . 

Sporo. Ale jest ciekawszy przepis w kodeksie karnym.

 

Zgodnie z art. Art. 218 § 1a:

Kto, wykonując czynności w sprawach z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, złośliwie lub uporczywie narusza prawa pracownika wynikające ze stosunku pracy lub ubezpieczenia społecznego, 

podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Jest to oczywiście moja interpretacja, nie sądzę, by ktokolwiek kiedykolwiek z tego przepisu w ten sposób skazał, ale masowe stosowanie „śmieciówek” jak mało co podpada pod ten przepis. To, że takie wyroki nie zapadną (prędko) jest tematem na osobną dyskusję.

 

Skąd to się wzięło?

 To, co opisałem wyżej, wydaje się oczywiste. Podałem przepisy, prawo jest jasne. A mimo to opisane wyżej banały są nieznane politykom, urzędnikom wysokiego szczebla a nawet prawnikom. Dowody? 

 

  • Tego, co opisałem, nie usłyszycie zapewne w mediach.
  • Ktoś wpadł na pomysł, by „ozusować” umów zlecenia. Jak można ozusować coś, co jest nielegalne? Ano wystarczy nie wiedzieć, że jest nielegalne. Potem idzie z górki.
  • Kiedyś tłumaczyłem to, o czym piszę, sędziemu Sądu Okręgowego. Nie uwierzył. Dopiero Sąd Apelacyjny skorygował jego błąd.
  •  Odbyłem kilka rozmów (przez internet) z doradcą do spraw ekonomicznych (nota bene, nie będącego ekonomistą) jednego ze związków zawodowych. Też tego nie wiedział. I chyba do wiadomości nawet nie przyjął, bo dalej opowiada niestworzone rzeczy w mediach.
  • Rozmawiałem z byłą posłanką lewicowej partii, będącej radcą prawnym. Kto jak kto, ale posłowie lewicy będący prawnikami powinni takie rzeczy wiedzieć. Chyba do niej też nie dotarło…

 

Skąd tak powszechna ignorancja prawna na wszystkich szczeblach? To osobny temat. Naprawdę ciekawy, bo to, o czym tu mowa, to nie jedyny przypadek. Wręcz przeciwnie, niewiedza jest w Polsce królową. Kiedyś i o tym napiszę. 

 

A na razie dziękuję wszystkim, którzy wytrwali do końca.

Jest to oczywiste powtórzenie jednego z tytułów opowiadań H.P. Lovecrafta