Radca Bezprawny

Blog ekonomia

Harry Potter i tajemnica sondaży[1]

 

Czyli słów kilka o innowacyjności, choć na pozór tylko o sondażach poparcia dla partii politycznych – dlaczego nie kłamią, choć obiegowa opinia mówi, że jest inaczej?

 

       I.            Minister Magii.

 

Wicepremier – Minister Gospodarki oświadczył niedawno (i powtarza konsekwentnie), że „Innowacyjność jest kluczem do rozwoju kraju”.

 

Największą wartość tworzą kreatywność, innowacyjność i nowoczesne technologie, będące owocem bliskiej współpracy nauki z biznesem. Powinniśmy skuteczniej komercjalizować polskie pomysły, przekształcać je w polskie produkty wytwarzane przez polskie firmy. W ten sposób będziemy konkurować w najbardziej obecnie zyskownych obszarach gospodarki opartej na wiedzy, a nie tylko na kosztach pracy[2].

 

Wypada się z Panem Ministrem (nie) zgodzić. Oczywiście, dysponowanie nowymi technologiami (a przez „dysponowanie” rozumiem nie tylko dostęp, ale prawo własności intelektualnej, zdolność samodzielnego rozwijania i modyfikowania) jest dla każdej gospodarki dużą wartością. Oznacza posiadanie dodatkowego atutu, a historia uczy, że tych trzeba mieć jak najwięcej – by być bogatym i bezpiecznym.

 

W tej wypowiedzi jednak czegoś brakuje. Dobrze mieć innowacyjną gospodarkę, tak jak warto być mądrym człowiekiem. Ale gdy ktoś powie: „zamierzam być mądry” nie wzbudzi to entuzjazmu słuchaczy. Raczej śmiech, bo to nie brzmi zbyt poważnie…

 

Po tym wstępie odejdziemy od tematu innowacyjności, choć zapewne domyślacie się, że tylko pozornie. Ona powróci w stosownym momencie, na końcu, jako puenta. Teraz zajmiemy się czymś, co od niepamiętnych czasów rozgrzewa umysły pseudopolityków[3]: sondażami.

 

 

    II.            Kamień filozoficzny.

 

Od pewnego czasu świat polityki i publicystyki nie może sobie poradzić z pewnym problemem. Sondaże przedwyborcze są jak alkohol czy inny narkotyk. Ludzie nimi powszechnie gardzą, uważają za zło, którego najlepiej się pozbyć z tego świata, a jednocześnie gdy tylko się pojawi sięgają po niego bez zastanowienia. „Sondaże się nie sprawdziły”, „sondaże kłamią”, „należy rozliczać sondażownie z wyników” słyszymy po każdych wyborach. A jednocześnie z radia, telewizji i internetu wciąż płyną informacje – jak w okresie powodzi – „przybyło dwa centymetry/punkty procentowe[4]”…

Jak jest naprawdę? Skąd bierze się rozbieżność między wynikami sondażu a rezultatem wyborów? O tym będzie przeważająca część tekstu.

 

Na wstępie uwaga ogólna. Otóż sondaże nie kłamią. Nie mogą kłamać. Nie są ludźmi, a tylko ludzie (stworzenia obdarzone rozumem) potrafią świadomie wprowadzać w błąd. Sondaże pokazują zawsze prawdę. Są statystykami, wynikami badań naukowych. A badania naukowe polegają na odkrywaniu prawdy. Problem w tym, że ich wyniki zawsze należy interpretować ściśle. Trzeba dokładnie przyglądać się „mechanizmowi badania”, by wiedzieć, co tak naprawdę odkryto. Trzeba mieć też świadomość, że o ile wynik badania jest prawdą, to wyciągane wnioski są już tylko przypuszczeniami. Wiele błędów polega na tym, że z prawidłowych przesłanek wyciąga się mylne wnioski[5].

 

 III.            Felix felicis.

 

Sondaż to wynik losowania. W dużym uproszczeniu polega na tym, że z całej populacji (na przykład uprawnionych do głosowania) losuje się grupę osób i tylko ta grupa podlega badaniu. Powodem są oczywiście możliwości i koszty. Według danych Państwowej Komisji Wyborczej w ostatnich wyborach parlamentarnych uprawnionych do głosowania było 30.534.948 osób. Przepytanie takiej liczby jest niemożliwe, a gdyby nawet zadzwonić do znacznej części, koszty byłyby kolosalne. Z drugiej strony wystarczy zbadać niewielką grupę, by uzyskać wyniki przybliżone. Skala tego „przybliżenia” to kluczowy problem[6].

 

Odbywa się to jednak kosztem precyzji. W wylosowanej próbie (prawie) zawsze rozkład badanej cechy będzie inny, niż w całej populacji. Po prostu: ktoś ma „szczęście” lub „pecha”, na przykład gdy jesteśmy pytani, czy jesteśmy „za” czy „przeciw” („Czy Pan/Pani popiera członkostwo Polski w Unii Europejskiej), „szczęście” mogą mieć „zwolennicy”, gdyż ich „wylosuje się” więcej niż to wynika z prawdziwego rozkładu sympatii Polaków – „przeciwnicy” mają wtedy „pecha”. Można to porównać do rzutów monetą. Wiemy, że szanse „orła” i „reszki” są takie same, czyli że „powinno” ich być tyle samo. Ale prawie nigdy tak nie jest (na przykład przy 1.000 rzutów uzyskamy 488 orłów i 512 reszek[7]).

 

Wróćmy teraz do sondaży politycznych. Zwykle podawana jest informacja, że badanie przeprowadzono na grupie (około) 1.000 osób. Ta liczba nie jest przypadkowa, pozwala bowiem osiągnąć coś, co nazywane jest (potocznie): „dopuszczalny poziom błędu wynosi 3%”[8]. Co to jednak znaczy w praktyce? Przedstawię wyniki prostego badania, wy możecie przeprowadzić taką samą analizę samodzielnie, korzystając jedynie z arkusza kalkulacyjnego[9].

 

Badanie polega na tym, że losujemy idealnie (o tym, co znaczy „nieidealnie”, będzie w kolejnej części) 1.000 przypadkowych osób. Przyjmijmy założenie, że partie mają następujące poparcie:

  •   A – 35%
  •   B – 25%
  •   C – 15%
  •   D – 5%

Następnie sprawdzamy (losujemy), jaką opcję polityczną popiera każda z nich. Prawdopodobieństwo, że wylosowana osoba popiera partię A wynosi więc 35%, partię B 25%  i tak dalej. Jakie otrzymamy wyniki?

 

Po pierwsze bardzo rzadko trafiamy „w punkt”. Choć poparcie dla partii A wynosi równo 35%, na ogół osiągamy wynik o jeden lub dwa punkty procentowe wyższy (lub niższy). Sporadycznie zdarza się nawet odbiegający od „prawdziwego” o 3 lub nawet 4 punkty. W przypadku pozostałych („mniejszych”) partii rozrzut nie jest tak duży, ale w dalszym ciągu widoczny i istotny[10].

 

Po drugie gdy obserwujemy następujące po sobie sondaże (czyli patrzymy na różnicę między jednym sondażem i następnym) obserwujemy ciągłe zmiany. Poniżej przedstawiam 10 następujących po sobie wyników losowania, jakie uzyskałem. Kolejne liczby dotyczą partii A, B, C i D, cieszących się takim poparciem, jak opisałem powyżej. Dla wygody można je interpretować jako sondaże przeprowadzane w kolejnych miesiącach. Na przykład pierwsza liczba w drugim wierszu (4) mówi, że w lutym poparcie partii A wynikające z sondażu było o 3 punkty wyższe niż w styczniu. Pamiętajcie: poparcie dla partii się nie zmienia, zmieniają się tylko wyniki losowania (sondaży).

 

-2         2          0          0

4          -1         -1         0

-2         2          0          -1

0          -3         0          2

0          2          0          -1

-2         -1         1          0

3          -2         2          0

-1         1          -2         0

3          -1         1          0

-3         0          -1         -1

 

Coś Wam to przypomina, drodzy czytelnicy? Jeżeli nie, poszukajcie w internecie pierwszego z brzegu sondażu. Zobaczycie tam popularne „słupki” a nad nimi liczby obrazujące to samo. Najprawdopodobniej będzie to bardzo podobny zestaw liczb…

 

A teraz przeprowadźmy drugi eksperyment. Zmniejszmy próbę (liczbę ankietowanych) do 500 osób. Oto wyniki (interpretacja taka sama jak poprzednio).

 

4          -2         -2         1

4          1          -2         -2

-9         0          5          0

0          2          0          0

0          -1         0          1

-2         4          1          -2

5          -7         -2         4

1          4          -2         -2

-2         1          1          0

-1         -3         1          0

 

Tym razem największa zmiana wynosi aż 9 punktów (w poprzednim przykładzie były to 4 punkty), a duże zmiany dotyczą również najmniejszej partii. Skupmy się na dwóch przypadkach. Przedstawię je obrazowo, odwołując się do prawdziwych partii i ich szacunkowego poparcia w dniu, w którym to piszę, czyli w połowie maja 2016 roku. Oczywiście z czasem straci to na aktualności, dlatego radzę czytelnikowi przypomnieć sobie sytuację polityczną z tego okresu.

 

Trzeci wiersz: poparcie dla partii A (możemy ją porównać do PiS) spadło o 9 punktów. Jednocześnie partia C (PO) zyskuje pięć punktów. Wiemy, że poparcie obu ugrupowań w ogóle się nie zmienia. A co przeczytalibyśmy w gazetach?

 

 

  • Czy to już zmierzch „dobrej zmiany”? W najnowszym sondażu partia Jarosława Kaczyńskiego traci aż 9 punktów procentowych! Po sukcesach na początku roku rządzące ugrupowanie odnotowuje najniższy wynik od wyborów. Tymczasem w siłę rośnie Platforma Obywatelska, która zyskuje aż 5 punktów. Gdyby teraz odbywały się wybory zjednoczona opozycja (PO i Nowoczesna) mogłyby liczyć na 14% więcej głosów i odsunięcie PiS od władzy…

 

Ø       Siódmy wiersz: partia D (RAZEM) zyskuje 4 punkty. Z kolei partia B (Nowoczesna) traci aż 7 punktów Nagłówek w gazecie?

 

  • W lewo zwrot! RAZEM w parlamencie! Świetny wynik partii Adriana Zandberga! Nowe, lewicowe ugrupowanie gwałtownie zyskuje poparcie. Słabnie za to zaufanie do liberałów – ugrupowanie Ryszarda Petru przeżywa trudne chwile. Czy to chwilowy spadek czy poważny kryzys? [11]

 

W obu przypadkach pod tekstem zobaczylibyście grafikę z popularnymi „słupkami”. A pod nią byłby dopisek: sondaż przeprowadził na zlecenie Gazety Bezprawnej ośrodek radcabezprawny.pl. Badanie przeprowadzono na losowej próbie 1.000 osób.

 

Zaraz… jakie 1.000 osób? Przecież była mowa o próbie 500 osób. Caveat Emptor![12]

 

Otóż przed właściwym badaniem ankietowanemu zadawane są inne pytania[13]. Pierwsze brzmi: „czy gdyby w najbliższą niedzielę odbywały się wybory, wziąłby Pan w nich udział?”. Zwykle głosuje mniej więcej połowa. Kiedy więc spytamy 1.000 osób, odpowiedzi pozytywnej udzieli nam… 500, którym zadamy pytanie o preferencje wyborcze. Tylko od uczciwości ośrodka badań zależy, czy zwiększy próbę lub choćby napisze ilu osobom zadano to kluczowe pytanie. Dlatego 1.000 osób tak naprawdę może oznaczać 500, a to wiąże się ze znacząco większymi zmianami z miesiąca na miesiąc.

 

 IV.            Komnata Tajemnic.

 

Każdemu naukowemu badaniu trzeba się uważnie przyglądać. Sposób jego przeprowadzenia i przyjęte założenia mogą doprowadzić do wyników, które odbiegają od rzeczywistości[14].

 

Wcześniej posługiwałem się „próbami losowymi”. Idea jest prosta: mamy 30 milionów ludzi, losujemy tysiąc i zadajemy im pytania – oni odpowiadają i mamy sondaż. Piękne, proste i nierealne. Nie mamy bowiem możliwości, by coś takiego przeprowadzić. By pokazać na czym polega problem odwołam się do najsłynniejszego (zapewne) przykładu w historii.

 

Rok 1936. Kończy się Wielki Kryzys. Edward Rydz-Śmigły zostaje Marszałkiem Polski, Niemcy i Włochy zawierają sojusz (nazywany Osią) a w Stanach Zjednoczonych prezydent Franklin Delano Roosevelt ubiega się o drugą kadencję. Tygodnik Literary Digest, tak jak w poprzednich latach, chce przeprowadzić sondaż, by przewidzieć wynik wyborów. Podejmuje się niemałego zadania – około 10 milionów osób otrzymuje formularze z prośbą o wypełnienie i odesłanie. Blisko 2,4 miliona osób wysyła do redakcji informacje o swoich preferencjach wyborczych (w prawdziwych wyborach zagłosuje łącznie 45 milionów Amerykanów). Wyniki są jednoznaczne: zwycięzcą zostanie Alfred Landon, gubernator stanu Kansas i kandydat Republikanów, z poparciem 57% głosujących. Próba jest ogromna (jeżeli porównamy to z 500 osobami, które „badaliśmy” w poprzednim rozdziale). Z tego, co widzieliśmy w przykładach, wynika, że nie ma możliwości, by Landon przy takich sondażach przegrał. A jednak, nie jest (mam nadzieję) dla Was tajemnicą, że Roosevelt wygrał. Zdobył 60% głosów.

 

Ten przykład jest podawany jako modelowy, by pokazać pewną zasadę. Nie chodzi o rozmiar próby, lecz o jej „reprezentatywność”. 1.000 losowo dobranych osób wystarczy, by błąd był niewielki, 9.000 osób pozwala zmniejszyć „rozrzut” do 1 punktu procentowego. Błąd bierze się więc nie (tylko) z losowości, ale (również) stąd, że osoby, które losujemy, nie są przypadkowe. Ominięcie tego problemu stanowi podstawową przeszkodę w badaniach.

 

Na czym polegał błąd Literary Digest? Ich próba nie była losowa. Spytali o preferencje wyborcze tylko część Amerykanów, tych zamożniejszych. A ludzie bogatsi często głosują inaczej niż ubodzy (chyba nie muszę o tym przekonywać). Jak jednak doszło do takiej omyłki? Przecież nikt nie robił tego celowo. Aby przeprowadzić badanie trzeba było zidentyfikować jego uczestników (osoby, które spytamy), poznać ich adresy. Literary Digest skupił się (między innymi[15]) na książkach telefonicznych. Nic w tym dziwnego, w końcu (prawie) każdy ma telefon, prawda? No właśnie, w 1936 roku nie była to prawda. Telefon może nie był luksusem, ale na pewno „wysokim standardem”, na który miliony Amerykanów nie mogły sobie u schyłku Wielkiego Kryzysu pozwolić. Kiedy więc magazyn zadawał pytania o preferencje wyborcze, nie pytał wszystkich obywateli, a jedynie ich część. Uzyskał więc precyzyjną, trafną odpowiedź, ale na inne pytanie, niż chciał: jak zagłosują zamożni Amerykanie, zwykle popierający prawicę (czyli Republikanów).

 

Drugi problem powinien być widoczny na pierwszy rzut oka. Tyle, że „w lesie często nie widać drzew”. Czy 2,4 miliona ankietowanych to dużo? Tak. Ale jeżeli uzmysłowimy sobie, że zapytano 10 milionów, powstają wątpliwości – trzy na cztery osoby albo temat zlekceważyły albo z innego powodu nie wzięły udziału w ankiecie. Czy prawdopodobieństwo (nie)wzięcia udziału w badaniu jest takie samo dla wszystkich?

 

Wróćmy do współczesności. Rok 2015, Brytyjczycy wybierają parlament. Partia Pracy i Konserwatyści idą „łeb w łeb”, sondaże nie przewidują zwycięzcy. Media dyskutują nad możliwymi składami przyszłej koalicji. Tymczasem wygrywa ugrupowanie Davida Camerona – i to zdecydowanie, przewagą ponad 6 punktów procentowych. Ośrodki badań opinii mają fatalną prasę, powołana zostaje komisja by zbadać przyczyny tak istotnego błędu. Raport opublikowano w marcu 2016 roku[16]. Wnioski można opisać złośliwie: nie wiemy, co się stało, ale mamy teorie[17]. Co mogło się wydarzyć?

 

To samo, co osiem dekad wcześniej. Tym razem w sposób systematyczny pomijano część wyborców Konserwatywnych – i to w trzech aspektach. Po pierwsze pytano zbyt mało osób starszych: wśród wyborców w wieku powyżej 64 lat przewaga Konserwatystów nad Laburzystami przekracza 20 punktów, tymczasem najstarsi (po 74 roku życia) byli skrajnie niedoreprezentowani (a ci po dziewięćdziesiątce w ogóle nie byli ankietowani). Drugi problem to przeszacowanie frekwencji. Młodzi częściej popierają Partię Pracy, ale… często nie głosują. Można to opisać obrazowo w ten sposób (oczywiście przerysowując): gdy spytasz staruszka, na ogół popiera on Partię Konserwatywną i zagłosuje na 100% - taki wyborca to jeden głos. Gdy zadasz pytanie komuś młodemu, zapewne powie, że zagłosuje na Partię Pracy, ale szansa, że w ogóle pójdzie do wyborów wynosi 50% - jest to więc „pół głosu”. Gdy spytasz obu będzie remis, ale faktyczne wybory zdecydowanie wygrają Konserwatyści.

 

Ostatni problem jest według mnie najciekawszy. Zwracałem uwagę, że szansa niewzięcia udziału w sondażu może nie być równa dla wszystkich – to znaczy, że trzeba zwracać baczną uwagę na odmowy i inne sytuacje, gdy wytypowany człowiek nie udziela nam odpowiedzi. Jak to wygląda w praktyce? Sprawdzono jak rozkłada się poparcie wśród różnych osób w zależności od tego, za którym razem udało się ich zastać w domu. Okazało się, że ci, z którymi ankieter skontaktował się od razu, częściej popierali Partię Pracy (6 punktów przewagi). Jednak wśród osób, które rzadko bywają w domu (ankieter musiał zapukać do ich drzwi trzy do sześciu razy) zdecydowanie przodują Konserwatyści – z przewagą nawet 11 punktów. I co najważniejsze – ta różnica jest widoczna nawet gdy uwzględni się takie czynniki jak status społeczny czy wiek (pracującego trudniej zastać w domu niż bezrobotnego, młodego trudniej niż staruszka). Efekt? Gdy ankieter nie jest bardzo dociekliwy, spróbuje skontaktować się ze wszystkimi wyborcami, ale uda mu się porozmawiać tylko z częścią z nich – wynik będzie więc „skrzywiony”[18].

 

    V.            Ten, imienia którego nie wolno wymawiać.

 

Niestety, to nie koniec problemów z sondażami. Nawet gdybyśmy osiągnęli idealnie losową próbę, nawet gdybyśmy przepytali tak wiele osób, że „rozrzut” spadłby do zera, dalej nie osiągniemy upragnionego, prawdziwego wyniku. Nie mamy bowiem narzędzi, by zmusić ludzi do mówienia prawdy, całej prawdy i tylko prawdy.

 

„Zaraz, zaraz, a po co mieliby kłamać? Panie prawnik, badanie jest anonimowe, ktoś tu chyba przesadza.” Tak, spotkałem się z takim poglądem. Dowodzi on wielkiej naiwności i nieznajomości natury ludzkiej.

 

Sprawdźmy jeszcze raz mechanizm badania. Dzwonią do mnie, obieram telefon. Ale jestem gdzieś, czasem z kimś. Wyobraź sobie, że głosowałem na Prawo i Sprawiedliwość. Mam żonę, dwójkę dzieci chodzących do liceum, może na studia. Za chwilę będziemy jedli obiad, akurat gotują się ziemniaki. Wszyscy się krzątają wokół, jest chwila, gdy mogę odebrać telefon. Jest sobota, akurat moje pociechy wróciły z manifestacji Komitetu Obrony Demokracji. O żonie nawet nie wspomnę, chodzący feminizm (ale z ludzką twarzą). Ja tylko chcę mieć spokój. Nie kocham PiS, po prostu… na kogo głosować w kraju, gdzie nikt nie ma programu? Oni przynajmniej mieli pomysł, może coś z tego wyniknie…

Tak, proszę Pani, oczywiście, wezmę udział w badaniu – przecież córka słyszała, kto dzwoni;

Tak, oczywiście, głosowałem w ostatnich wyborach – przecież jak skłamię to nawet w spokoju nie zjem, a kurczak świetnie pachnie;

Nie, proszę Pani, jeszcze nie wiem, na kogo bym zagłosował, żadna partia mnie do siebie nie przekonuje… – w sumie to nawet prawda, wszyscy to jedna mafia, tylko wtryniają ośmiorniczki i latają do Madrytu za moje podatki;

Tak, uważam, że należy publikować wszystkie wyroki – a co tym baranom to szkodzi publikować, mogą sobie schować ten cały spór o wyrok razem z tym całym Rzeplińskim, motyla noga jego mać…;

Widzicie, kochani, w kółko dzwonią i pytają, czy Petru jest lepszy od Schetyny, może wy umiecie wybrać, ale ja nie…

 

Banalne, prawda? A czy ty, drogi Czytelniku, chcesz, żeby twoje preferencje znała Pani, u której kupujesz właśnie kwiaty na dzień matki? Albo taksówkarz, który wiezie ciebie na lotnisko i bardzo, ale to bardzo nie chcesz rozmawiać z nim o polityce? Albo koleżanka z pracy (zwłaszcza, że tak sympatycznie się uśmiecha…), sąsiad, od którego chciałbyś pożyczyć wiertarkę, listonosz…

 

Myślę, że ten argument jest racjonalny i łatwy do zrozumienia. Jest jednak jeszcze jeden. Przykład z mojego doświadczenia, prawdziwy. Nigdy nie głosowałem na PiS, moje poglądy są bardzo dalekie od tej partii, ale w drugiej turze wyborów prezydenckich w 2010 roku zagłosowałem na Jarosława Kaczyńskiego[19]. Do tej pory chyba nie wszyscy znajomi wierzą, gdy o tym mówię, moje środowisko jest skrajnie „antypisowskie” i tego typu deklaracje są uważane za „dobry dowcip”. Ankieterka zadzwoniła w sobotę, około 14:00. Była sympatyczna. Pytała o Smoleńsk (gdzie powinien stanąć pomnik – uważam, że w Smoleńsku i zdania nie zmieniłem), na kogo bym zagłosował w wyborach parlamentarnych (zapewne odpowiedziałem, jak na centrystę i liberała przystało, że na SLD) oraz na kogo oddałem głos w drugiej turze wyborów prezydenckich. Dyskomfort odczułem już przy drugim pytaniu. O ile lubię dyskutować o poglądach to deklarowanie przynależności do określonej grupy (wyborców partii) już przychodzi mi z trudem. Nie utożsamiam się z grupami, do których mimowolnie należę. „Co ta osoba o mnie myśli, kwalifikuje mnie zapewne jako…”. Powiedzenie, że głosowało się na Lorda Voldemorta[20], jest czymś więcej, tego imienia przecież po prostu nie wolno wymówić, ono ma magiczną moc…

 

Jeżeli nie rozumiesz, o czym piszę, to prawdopodobnie obce jest ci pojęcie „konformizmu”. Niestety, ono występuje powszechnie, dotyczy zarówno relacji z bliskimi, jak i kontaktów z obcymi czy wreszcie rozmów tak bezosobowych jak ankieta prowadzona przez kogoś, kto nic o tobie nie wie. W niejednym badaniu pokazano, że ludzie często udzielają odpowiedzi nieprawdziwej, wręcz bezsensownej, jeżeli tylko odpowiednio duża grupa to zasugeruje. Wielu z nas nie jest w stanie tego obejść. Można to pokonać, ale dyskomfort odczuwamy zawsze. W moim przypadku pokusa, by skłamać, była ogromna. Nie chciałem odpowiadać. Dałem radę, ale nie dziwię się, jeśli wiele osób woli uciec.

 

Tak, niestety, ankietowani nie mówią nam prawdy. Czasem odpowiadają tak, jak trzeba, nie co naprawdę myślą. Jeżeli interesujesz się polityką, na pewno pamiętasz, że partia, która wygrywa wybory, zwykle ma lepszy wynik sondażowy niż wyborczy. Sojusz Lewicy Demokratycznej w 2001 roku tak przed, jak i po wyborach, miał ponad 50% poparcia. Tylko w wyborach wyszło „ledwie” 40%. Platforma Obywatelska przez długi czas (w okresie największych sukcesów) zbliżała się nawet do 60%. Bronisław Komorowski miał jeszcze więcej. Jak to się skończyło, wiemy. Zarówno PO jak i Prezydent wywodzący się z tego ugrupowania, byli „popularni”. Popieranie ich było „w dobrym tonie” (niemała zasługa w tym „człowieka, którego imienia nie wolno wymawiać”). Powiedzenie tego ankieterowi było „opcją bezpieczną”, przecież wszyscy tak robią, nikt mnie źle nie oceni, gdy do nich dołączę. To samo widzimy w przypadku innego pytania, które poprzedza właściwą ankietę: znacznie więcej osób zwykle deklaruje wzięcie udziału w wyborach niż potem rzeczywiście to robi. Głosowanie to przecież obywatelski obowiązek, nie mogę powiedzieć, że go zlekceważę. Więcej, może nawet wierzę, że to zrobię, po prostu w niedzielę wyborczą brakuje chęci.

 

Spójrzmy na kolejny przykład z historii. Rok 1982. Kalifornijczycy wybierają gubernatora stanu[21]. Naprzeciw siebie stają Republikanin George Deukmeijan oraz Demokrata Tom Bradley. Sondaże przedwyborcze dają wyraźne prowadzenie temu drugiemu. Sondaże przeprowadzone w dniu wyborów tak samo. Niektóre wydania porannych gazet informują o zwycięstwie Bradley’a. Ostatecznie przegrywa on jednak różnicą około 1 punktu procentowego. Jako przyczynę podaje się drobny szczegół dotyczący samego kandydata, mianowicie kolor jego skóry. Ankietowani mieli chętniej „przyznawać się” do głosowania na czarnoskórego kierując się poprawnością polityczną[22].

 

Ten mechanizm działa też w drugą stronę. Partie takie jak Samoobrona czy Liga Polskich Rodzin miały wielu zwolenników, ale przez długi czas nie było tego widać w sondażach. Wystarczy sobie przypomnieć, że pierwsza z nich cieszyła się sławą „prymitywów” a druga „oszołomów”, a przecież nikt z nas nie chce być uznawany za prymitywnego czy „szalonego”[23].

 

Inny problem dotyczy „partii, które zawiodły”. Przykładem może być Sojusz Lewicy Demokratycznej. Przez wiele lat było to jedyne ugrupowanie, które przyznawało się do „lewicowości”, jednak zużyło się w okresie drugich rządów (2001 – 2005), straciło lewicową twarz i tym samym zniechęciło zwolenników. Wielu wyborców lewicy nie miało powodu, by z nimi sympatyzować. Ale gdy przychodziło do wyborów, kogo mieli poprzeć? Prawicę? Część z nich zapewne szła do urn bez entuzjazmu, decydując (ostatecznie) tuż przed głosowaniem.

 

Aby zgłębić problem „nieprawdy” trzeba znów (niestety) sięgnąć do mechanizmu sondażu. Ankieter nie prowadzi z nami długiej rozmowy. Nie jest naszym przyjacielem, nie poznaje naszych dokładnych preferencji. Nie interesuje go odpowiedź: „Wie Pan, zawsze uważałem się za centrystę. Popierałem SLD, Platformę, nawet przez chwilę PiS, gdy ta partia wydawała się bliska środka. Na kogo dziś zagłosuję? Platforma trochę poszła za bardzo w lewo, jak dla mnie, zastanawiam się nad Ryszardem Petru, choć powiem Panu szczerze, taki trochę gogusiowaty, te dziewczyny z jego partii są fajniejsze, prawda? No i w sumie nie wiem co myśleć o Kukizie, może jak się wyrobi, pozbędzie się narodowców, to coś z niego będzie…”. Ankieter chce prostej odpowiedzi: wskaż człowieku jedną partię i nie marudź.

 

Ale my nie umiemy wskazać odpowiedzi. Co nie znaczy, że nie mamy preferencji. Po prostu nie jesteśmy „za” ani „przeciw”, mamy trochę większą sympatię do partii X, trochę mniejszą do Y, ale różnice są niewielkie i ostateczny, zero-jedynkowy wynik może się łatwo zmienić.  Problemem nie jest więc to, że ludzie celowo kłamią. Po prostu nie zajmują jeszcze stanowiska, czekają tak długo, jak mogą, decyzję podejmują w ostatniej chwili. Niedawno ukazała się równolegle para sondaży: w jednym pytano o konkretne partie, w drugim o to, czy ankietowany popiera PiS (rządzących) czy KOD (opozycję). Okazało się, że partie opozycyjne mają znacznie mniejsze poparcie niż opozycja jako taka. Dlaczego? Być może dlatego, że łatwo powiedzieć „nie popieram rządu”, trudno jednak wskazać konkretną partię opozycyjną, na którą chcemy oddać głos. W ten sposób w jednym sondażu ankietowany mówi: „popieram opozycję”, by po chwili, spytany o konkretną partię, powiedzieć: „nie wiem”.

 

Jeszcze inny przypadek może dotyczyć niedawnego sukcesu Pawła Kukiza. Głosowałem na niego w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Dlaczego? Nie z sympatii. Nie dlatego, że chciałem, by został prezydentem (byłem przekonany, że nie zostanie – dlatego oddałem głos). Po prostu w tamtych wyborach nie startował nikt, komu powierzyłbym tak odpowiedzialny urząd. Cała masa ludzi niepoważnych. Mogłem więc albo oddać głos nieważny, albo poprzeć kogoś „dziwnego” sygnalizując protest – a Paweł Kukiz protest uosabiał. Mojego głosu nie widać w żadnym sondażu, bo jeszcze wychodząc w niedzielę rano z domu nie byłem przekonany, co zrobię. Ile osób postąpiło tak, jak ja?

 

 VI.            Turniej Trójmagiczny.

 

Podsumujmy temat sondaży. Na czym polega problem z nimi?

 

Po pierwsze pokazują prawdę przybliżoną. Nawet idealnie zrobiony sondaż jest jak strzelanie do tarczy: zawsze trafiamy w okolice środka. Im dalej od celu stoimy (im mniejsza grupa badanych) tym gorzej. Różne sondaże są przeprowadzane na próbach różnej wielkości, więc tym trudniej je porównywać. Największym błędem jest jednak badanie „zmiany”. Porównując sondaże z dwóch kolejnych miesięcy nieuchronnie wprowadzamy się w błąd – zmiana, jaką pokazują, wynika w przeważającej mierze z losowania. Trafiamy w dwa różne miejsca nie dlatego, że cel się przesunął, ale dlatego, że nasza ręka nie jest idealnie stabilna.

 

Z problemem losowości można jednak sobie poradzić. Wystarczy brać pod uwagę nie jeden sondaż, lecz średnią z kilku kolejnych. Nie wiemy bowiem, czy konkretny strzał był celny, mamy jednak pewność, że wszystkie skupiają się wokół celu – w pewnym momencie widzimy, gdzie on jest.

 

Drugi problem to reprezentatywność próby. Kontynuując poprzednią metaforę: teraz nie mamy zaznaczonego środka tarczy. Nie mamy pewności, czy celujemy we właściwy punkt. O tym, że coś jest nie tak, dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy pojawią się konsekwencje.

 

Tego problemu jednak nikt z nas (amatorów) samodzielnie nie rozwiąże. To jest problem nauki, szukania nowych rozwiązań i prawidłowości. Głowią się nad tym specjaliści. Musimy pogodzić się z tym, że czasem będą się mylili, bardziej lub mniej.

 

Na koniec problem najtrudniejszy. Nawet gdy specjaliści od sondaży wszystko zrobią dobrze, nawet gdy wyeliminujemy problem losowości, pozostanie natura ludzka. Idealne badanie nie zapewni idealnie prawdziwych odpowiedzi – bo ktoś się boi, ktoś inny się wstydzi, a jeszcze inna osoba po prostu nie ma ochoty rozmawiać. Tarcza, do której zamierzamy strzelić, zaczęła się ruszać.

 

Czym jest więc sondaż poparcia dla partii politycznych? Jest jak strzelanie na bardzo dużą odległość do tarczy, która nie ma zaznaczonego środka i w dodatku jest ruchomym celem. Ktoś, kto z jednego badania próbuje wyciągnąć wnioski, to hochsztapler. Ten, kto z dwóch sondaży próbuje wywnioskować zmianę, jest po prostu niekompetentny.

 

A teraz pora powrócić do…

 

VII.            Powrót do Hogwartu.

 

Drogi Czytelniku, w jaki sposób Twoje spojrzenie na „świat sondaży” zmieniło się po lekturze tekstu? Co pomyślisz, gdy dziś wieczorem włączysz radio, internet, telewizor i usłyszysz „wedle najnowszego sondażu poparcie dla partii… wzrosło o 2 procent”? Ucieszysz się, zasmucisz, czy jednak będziesz pamiętał, że taka informacja jest skutkiem niekompetencji dziennikarzy, którzy nie wiedzą, co mówią, bo tak naprawdę najprawdopodobniej zupełnie nic się nie zmieniło[24]?

 

Długo nosiłem się z napisaniem tego tekstu. Czarę goryczy przelał Jacek Żakowski, który w programie porannym radia TOK FM wyraził głęboki żal, że poparcie dla PiS wzrosło o 2 punkty do poziomu 32%. Wprawdzie w wyborach było to 38%, ale przecież sondaż nie kłamie, wzrosło, cały czas rośnie… Potem w dyskusji publicystów ktoś dodał, że warto w końcu wziąć do radia jakiegoś socjologa i przepytać, ustalić skąd to się bierze, te wszystkie sondażowe rozbieżności. W tym samym radiu słyszałem chyba dwie takie audycje – dobre, merytoryczne, zawierające więcej ciekawych przykładów niż tu zamieściłem. Lubię Pana Żakowskiego, nie chodzi o to, by mu dokuczać. Taką pomysłowością mogą się poszczycić dziennikarze wielu mediów, analiza sondaży jest nieodłączną częścią serwisów informacyjnych i programów publicystycznych, gdzie mądrzejsi od nas ludzie zastanawiają się „jak to możliwe, że im spadło o punkt i co z tego wynika dla naszego kraju”.

 

Skąd to się bierze? Czy ten dziennikarz nie słucha nawet „własnego” radia? Czy przez wiele lat swojej pracy nie wpadł na to, by wrzucić w wyszukiwarkę internetową hasło „sondaż, błędy”? Spytać o to któregokolwiek z profesorów, z jakimi regularnie rozmawia? Wiele z informacji, które tu przedstawiłem, jest dostępnych wprost na stronach internetowych ośrodków przeprowadzających takie badania. Przeczytanie tego tekstu zapewne nie trwa więcej niż kilkanaście minut… Jego zrozumienie wymaga niewiele intelektualnego wysiłku. Dziecko sobie poradzi. Problemem nie jest więc brak informacji ani skomplikowanie problemu.

 

Jak dorosły człowiek ma zmienić swoje nastawienie, swój światopogląd, sposób bycia i funkcjonowania? Jak po dwudziestu latach uważania sondażu za wyrocznię uznać, że to niewiele wart śmieć? Jak nagle przyjąć do wiadomości, że tak naprawdę nie dysponujemy narzędziami pozwalającymi sprawdzać, jak zmieniają się preferencje wyborcze z dnia na dzień[25]? Więcej: jak nagle przyjąć do wiadomości, że one się nie zmieniają prawie wcale? Jak nagle zrezygnować z części ramówki programu informacyjnego? O czym rozmawiać, gdy jeden z głównych tematów odpadnie? Czy Ty, drogi czytelniku, potrafiłbyś to zrobić?

 

Innowacyjność nie polega na tym, że lecimy na Marsa i zakładamy tam stację badawczą, w której uprawiamy rzepę i ogórki. Innowacyjność to drobne procesy myślowe. Czy moje biurko nie jest aby trochę za niskie? Przy wyższym lepiej by mi się pracowało. A może zmienić kolor ścian? Zastanów się – jak zareaguje twój pracodawca, gdy mu powiesz: „szefie, w naszym open space przydałyby się paprotki, ze dwa kaktusy, no i może jasnoniebieski sufit…”. Innowacyjność polega na tym, że innowacyjny pracownik zastanawia się, przekazuje swoje pomysły a innowacyjny szef mówi: „świetnie, spróbujemy, może to nam pomoże”. Oczywiście, często się nie udaje. Zły pomysł kosztuje. Ale najdroższe jest zawsze zaniechanie pomysłu dobrego. A wyłowienie pomysłów dobrych wymaga, by sprawdzać (prawie) wszystkie. Tylko taką gospodarkę, w której ludzie masowo realizują swoje pomysły, można nazwać „innowacyjną”.

 

Teraz zastanówmy się: jak nasz wspaniały kraj ma podbijać obce planety, jeżeli już małe dzieci są uczone, by nie myśleć? Nie, nie żartuję. Przykład: uczeń znajduje prawidłowe rozwiązanie (sposób rozwiązania) zadania matematycznego, tylko nietypowy. Moi nauczyciele byli szczęśliwi, gdy coś „nowego” im pokazałem (zdarzyło mi się to kilka razy w życiu). Tymczasem w niejednej polskiej szkole, uczeń jest za to… karany[26]. Prawidłowe rozwiązanie według wielu nauczycieli polega na tym, że się podążą za schematem a samodzielne myślenie to błąd.. Jeżeli uczymy dzieci, że mają myśleć schematycznie to jak mają z nich wyrosnąć innowacyjni artyści, przedsiębiorcy, pracownicy, politycy… dziennikarze?

 

Problem z myśleniem widać na każdym kroku. Urzędnicy mają kłopot z wykonaniem prostych czynności – gdy tylko nie jest to coś, co robili już wielokrotnie. Prawnicy (w tym sędziowie) nawet gdy im pokazać przepisy, z których wynika, że się mylą, uciekają do znanych sobie, błędnych rozwiązań. W mediach powtarzane są komunały i nawet gdy widz/słuchacz zwróci uwagę na błąd, na ogół nikt się tym nie zainteresuje. Nawet w życiu codziennym ludzie ubierają się nie patrząc na termometr tylko na kalendarz.

 

Pan Wicepremier, Minister i Syn Marszałka (w jednej osobie) chciałby innowacyjnych produktów. Ale innowacyjny produkt wymaga myślenia, kreatywności, swobody, umiejętności współpracy. Wymaga innowacyjnych metod zarządzania, innowacyjnych technologii, innowacyjnego systemu dokształcania się. Innowacyjna Polska wymaga innowacyjnych Polaków, Ukraińców, Niemców, Syryjczyków[27]… Tymczasem my, Polacy, mamy plan… oparty o schemat – innowacyjność jest dobra, więc ją zadekretujemy i na pewno sama się pojawi.

 

Naród, który nie umie obsługiwać sondaży, nie skolonizuje Marsa, Panie Premierze.



[1] Nie, nie jest to tekst dla fanów twórczości J.K. Rowling. Mam jedynie nadzieję, że przyjęta konwencja tytułów przypadnie do gustu jej sympatykom.

[3] Pod pojęciem „polityk” rozumiem każdego, kto zajmuje się polityką, a więc nie tylko działaczy partyjnych ale również publicystów czy samych wyborców, którzy w jakikolwiek sposób angażują się w życie publiczne, choćby tylko wymieniając poglądy.

[4] Dla porządku należy wyjaśnić czym się różni „punkt procentowy” od „procentu”.

Procent – oznacza różnicę względną między dwiema wartościami. Na przykład, jeżeli cena wzrosła z 2,00 zł do 2,50 zł, to wzrosła o ¼, czyli o 25%.

Punkt procentowy – oznacza różnicę w wynikach pomiarów wyrażonych w procentach. Na przykład, jeżeli inflacja wyniosła w poprzednim roku 3%, a w tym 4%, to inflacja wzrosła o 1 punkt procentowy.

Przykład trzeci, pokazujący różnicę:

Poparcie dla partii ABC w lipcu wynosiło 20%, to znaczy, że partię tę popierało 20% z 25.000.000 uprawnionych do głosowania, czyli 5.000.000 osób.

Poparcie dla tej partii w sierpniu wynosi już 25%. Oznacza to, że poparcie dla niej wzrosło o 5 punktów procentowych (z 20 do 25), ale jednocześnie o 25 procent, czyli o jedną czwartą – i partię popiera już 6.250.000 osób.

[5] Przykładem jest mierzenie temperatury ciała. Co wynika z tego, że wyszło 36,6ºC? Tylko tyle, że nie mam objawów choroby, która powoduje podwyższenie temperatury. Ale nie dowodzi nawet, że nie cierpię na tę chorobę. Może być wręcz tak źle, że mój organizm nie reaguje prawidłowo na zagrożenie i nie mam gorączki, choć powinienem. Z drugiej strony wyższa temperatura może wynikać z błahej przyczyny, na przykład intensywnego wysiłku fizycznego. Badanie więc nie kłamie – to my wyciągamy wnioski, które nie zawsze są prawdziwe. Sami siebie wprowadzamy w błąd.

[6] To już, niestety, matematyka. Jeżeli kogoś interesuje dowód, znajdzie go bez większego wysiłku. Aby uzyskać wyniki różniące się nie więcej niż o 1 punkt procentowy od poszukiwanej liczby wystarczy spytać 9.000 losowo wybranych osób – i to niezależnie od tego, jak wielkiej populacji to dotyczy (tak, 9.000 Polaków jest tak samo dobrą próbą jak 9.000 Chińczyków).

[7] Rozrzut może być znacznie większy, nawet 530-470. Zachęcam do sprawdzenia. Nie trzeba tego robić „ręcznie” rzucając monetą, można użyć arkusza kalkulacyjnego na komputerze.

[8] Takie sformułowanie mówi nam, (na przykładzie poparcia dla partii):

  • gdyby prawdopodobieństwo wylosowania zwolennika partii A wynosiło równo 50%, to
  • przy dużej liczbie sondaży przeprowadzanych na grupach 1.000 osób każdy
  • osiągalibyśmy wynik w przedziale +/- 3% (czyli między 47% a 53%)
  • ale tylko w 95% przypadków.

Czyli w 1 na 20 przypadków i tak wypadlibyśmy poza ten przedział. Zwracam na to uwagę, bo intuicyjnie często to pomijamy. Nie ma gwarancji, że mieścimy się w przedziale „+/-3%”.

[9] Możesz to zrobić przy pomocy arkusza kalkulacyjnego (ja korzystam z MS Excel). Oto, jak zrobić samodzielnie „sondażownię” (instrukcję piszę dla osób obeznanych z tym programem – jeżeli nie rozumiesz tego, co napisałem niżej, spytaj znajomego „fachowca” – to nie jest trudne).

Pierwsze cztery kolumny będą odpowiadały kolejnym partiom politycznym. Piąta to odpowiedź „nie wiem” lub „inna partia”. W szóstej kolumnie (pole F1) należy wpisać funkcję LOS() – funkcja ta generuje liczbę losową z przedziału od 0 do 1. Działa więc jako generator prawdopodobieństwa.

Następnie należy przypisać partiom (odgórnie) poparcie społeczne (na przykład – A to 35%, B to 25%, C to 15%, D to 5%). Reszta „wpadnie” do kolumny E. Można to wpisać obok (jeżeli chcesz sprawdzać dla różnych liczb, wygodniej będzie zmieniać tylko ten element a nie wszystkie funkcje po kolei).

W pierwszej kolumnie (pole A1) należy wpisać funkcję: „jeżeli F1<poziom poparcia partii A, to 1, jeżeli nie, to 0”. Oznacza to, że gdy wylosowana liczba będzie mniejsza od 0,35, w polu A1 zostanie wpisana „jedynka” (co oznacza, że wylosowaliśmy zwolennika partii A), w przeciwnym razie „zero”.

W drugiej kolumnie (pole B1) należy wpisać funkcję „jeżeli F1<poziom poparcia partii A i B razem, ale nie mniejsze niż poziom poparcia partii A, to 1, jeżeli nie, to 0”. Wyniki interpretujemy tak samo. Analogicznie w polach C1, D1 i E1.

W ten sposób w pierwszym wierszu otrzymamy jedynkę tylko w jednym polu – zgodnie z wynikami losowania. Oznacza to dla nas, że osoba numer 1 popiera daną partię.

Następnie wystarczy to skopiować tysiąc razy (przeciągnąć w dół do tysięcznego wiersza) – i otrzymamy próbę 1.000 osób.

Następnie zsumuj liczby w każdej z kolumn A, B, C, D i E. Ponieważ w każdej kolumnie są możliwe tylko dwie wartości, przy czym „1” odpowiada zwolennika danej partii a „0” innej, suma liczb w kolumnie będzie oznaczała liczbę zwolenników danej partii w wylosowanej próbie.

Funkcja „LOS” działa w ten sposób, że każda zmiana arkusza (a nawet wciśnięcie klawisza „delete” w pustym polu) oznacza nowe losowanie. Wciskając jeden klawisz osiągniesz więc kolejne i kolejne losowanie, masz więc na wyciągnięcie ręki niezliczone sondaże oparte o dany schemat.

Jeżeli chcesz urozmaicić badanie – skopiuj całość obok, uzyskasz dwa sondaże na raz (albo i więcej). Warto porównać ich wyniki.

[10] Jaki stąd wniosek? Jeżeli (na przykład) w sondażu wyszło poparcie 30%, to znaczy, że prawdziwy wynik jest gdzieś w przedziale 27%-33%. Ważne: nie mamy żadnych podstaw, by uznać, że jest to blisko środka, tak więc przyjmowanie, że jest to „zapewne 30%” to błędny wniosek. Pamiętajcie, na ogół nie trafiamy w cel, a więc prawie na pewno to nie jest 30%, tylko mniej lub więcej.

[11] W tych przykładach widzimy dwa zjawiska ujawniające się przy interpretacji sondaży. Jedno nazywam „efektem kumulacji”, drugie „efektem dźwigni”.

  • Efekt kumulacji polega na tym, że dana partia ma najpierw pecha a potem szczęście (lub odwrotnie). Dzięki temu powstaje wrażenie dużej zmiany. W drugim przykładzie partia B miała w czerwcu szczęście (29%, czyli nadwyżka 4 punktów) a w lipcu pecha (22%). W ten sposób powstało wrażenie bardzo dużego spadku. W przypadku partii D było odwrotnie (najpierw 2% za mało, potem 2% za dużo).
  • Efekt dźwigni polega na tym, że szczęście jednego z kandydatów musi się wiązać z pechem drugiego. Suma poparcia wynosi 100% i gdy dolosowujemy za mało zwolenników jednej partii na ich miejsce wchodzą sympatycy innych. W pierwszym przykładzie szczęście opozycji (partii B i C) wiązało się z pechem rządzących (partii A). Ponieważ nas (wyborców) interesuje na ogół różnica między dwoma obozami (rządzący – opozycja) łatwo możemy sami siebie wprowadzić w błąd – sumujemy dwie zmiany (9% i 5%), choć to są (w przybliżeniu) te same informacje, w ten sposób widzimy różnicę aż 14%.

[12] Sprawdźcie w Wikipedii.

[13] Mają na celu dobranie grupy „reprezentatywnej”, o czym w dalszej części tekstu.

[14] Swego czasu Minister Sprawiedliwości ganił nasz Trybunał Konstytucyjny za to, że bada mało spraw (a jego niemiecki odpowiednik dużo). Niestety, spojrzał w złą kolumnę i nie zauważył, że jest odwrotnie. Pamiętam, jak w radio poinformowano, że polskie szpitale są lepsze od niemieckich (oczywiście w oparciu o naukową analizę) – po czym okazało się, że badanie było dobrowolne (dyrektor szpitala decydował, czy wziąć w nim udział) i po prostu zgłosili się wszyscy Niemcy („Ordnung muss sein”) a polskie szpitale… zapewne tylko najlepsze (pochwalili się ci, którzy mieli się czym chwalić). Jak pisałem wcześniej – badanie da obiektywną i precyzyjną odpowiedź, ale zawsze jest to odpowiedź na bardzo konkretne pytanie, często odmienne od naszych intencji.

[15] Oczywiście, nie tylko. Pytano prenumeratorów gazety (których z oczywistych względów znano z imienia i nazwiska), właścicieli samochodów i członków różnego rodzaju stowarzyszeń. Jednak przykład książek telefonicznych wydaje się najciekawszy, ponieważ w najmniejszym stopniu sugeruje błąd.

[16] Raport można pobrać ze strony:

http://eprints.ncrm.ac.uk/3789/

[17] Autorzy raportu wskazują, że nie ma jednego, konkretnego czynnika, który spowodował tak istotną rozbieżność między sondażami a wynikami wyborów. Wskazują jedynie bardzo ogólnie gdzie mogły leżeć przyczyny. Jego analiza wskazuje, że poruszamy się bardziej w sferze domysłów niż wiedzy – co zdają się sugerować sami autorzy. Przykłady przytoczone przeze mnie w tekście nie mają na celu wyjaśnienie zjawiska – przedstawiam je jako ciekawostki. Chcę jedynie pokazać jak złożony jest problem i jakie drobiazgi mogą wpłynąć na rozbieżności między sondażami a wynikami wyborów.

[18] Jest to o tyle ciekawe, że na stronie instytutu Gallupa znalazłem informację (z 1997 roku), że ich ankieterzy „dzwonią do skutku”. Czyżby w roku 2015 brytyjskie ośrodki badań nie zdawały sobie sprawy jak duże ma to znaczenie?

[19] Do tej pory uważam, że mogłoby być znacznie lepiej, gdyby wygrał.

[20] To „ten, którego imienia nie wolno wymawiać” – przypis adresowany do osób nie znających świata Harrego Pottera.

[21] Jeżeli „stan” potraktujemy jako państwo, gubernator pełni rolę prezydenta. Każdy stan ma też własny parlament.

[22] Uczciwość wymaga odnotowania, że to wytłumaczenie bywa kwestionowane.

[23] Jeżeli do tego wątku dodamy fakt, że poglądy polityczne Andrzeja Leppera przechodzą okres swoistej „rehabilitacji” a Roman Giertych stał się nagle politykiem głównego nurtu, uzyskamy ciekawy wątek do osobnych rozważań.

[24] Postawię ryzykowną tezę, że preferencje wyborcze zmieniają się bardzo wolno. Zmiany, które obserwujemy w sondażach, są prawie w całości skutkiem błędów losowania oraz innych czynników (jak sezonowość – poparcie dla niektórych partii jest wyższe w okresie wakacyjnym, zapewne łatwiej ich zwolenników zastać przy telefonie). Tak naprawdę scena polityczna jest stabilna (proponuję porównać wyniki wyborów z 2007 i 2011 roku – prawie takie same).

[25] Uściślijmy: można to zrobić, ale jest to bardzo trudne i kosztowne. W żadnym razie nie mogą do tego posłużyć te prymitywne sondaże, którymi raczą nas media.

[27] Tak, korzystanie z pomocy imigrantów i sąsiadów też może być innowacyjne.